nie-bedzie

No i nie będzie przewalutowania

Wczoraj nasi(?) senatorowie zadecydowali w praktyce, że przewalutowania kredytów walutowych nie będzie. Co prawa przywrócili jedynie pierwotny zamysł ustawy, która została mocno zmodyfikowana w sejmie, ale w praktyce oznacza to tyle, że mało kto z tej propozycji skorzysta. Zawsze nam się zdawało, że senat to taka przechowalnia starych pryków, finansowana przez ogłupiałych podatników, którą należałoby natychmiast zlikwidować, bo ona niczemu nie służy – wczorajsze głosowanie pokazuje, że nie mieliśmy racji – ta organizacja potrafi się jednak poważnie przysłużyć… bankom (jak przystało na organ wybierany przez ogół społeczeństwa ;)

Wracając jednak do rzeczy… o wielkim prezencie, jaki sejm zrobił (albo raczej miał zrobić) kredytobiorcom walutowym (głównie frankowym) pisaliśmy szerzej w poniższym artykule:

http://wdomachzbetonu.pl/jednak-nie-bedzie-przewalutowania/

Wyraziliśmy tam wątpliwość, graniczącą z pewnością, że tego typu pomysł nie przejdzie z racji tego, że prawie wszystkie koszty miały ponieść banki (a jak powszechnie wiadomo, w systemie rezerwy cząstkowej to banki rządzą systemem, a nie system bankami). Dodatkowo, wersja ustawy przegłosowana w sejmie dawała klientom możliwość przewalutowania kredytów w czasie kolejnych 5 lat, co powodowało, że spekulacja walutowa nadal by trwała (klient mógł liczyć na spadek kursu franka, co zawsze byłoby dla niego korzystne, a gdyby się przeliczył, to 90% kosztów tej zabawy i tak wziąłby na siebie bank). Taka konstrukcja sprawiała, że koszty dla sektora bankowego absolutnie nie musiały być takie, jak oszacowały NBP i KNF (czyli niecałe 22 mld złotych minus 19% podatku dochodowego, który straciłby budżet państwa). Koszty mogły być znacznie wyższe, jeśli frank umocniłby się względem złotówki jeszcze bardziej. Senatorowie (zgodnie z zapowiedziami PO tuż po głosowaniu w sejmie) zdecydowali, że nie dopuszczą do takiego eldorado i ustalili, że ustawa będzie miała postać prawie taką, jaka była w pierwotnej propozycji:

  • koszt przewalutowania wezmą na siebie klienci i banki po połowie – wg „poprawionej” ustawy różnica pomiędzy aktualnym stanem zadłużenia kredytu walutowego a hipotetycznym („takim samym”) kredytem złotówkowym zostanie w połowie umorzona (czyli połowę weźmie na siebie bank), a druga połowa stanie się kredytem niezabezpieczonym (oprocentowanym wg stawki referencyjnej NBP) i będzie ją dalej spłacał klient. Z tym „niezabezpieczonym” kredytem to jest trochę zabawne, bo ten kredyt nie jest co prawda zabezpieczony na mieszkaniu, ale najpewniej (tak, jak teraz jest z kredytem hipotecznym) będzie zabezpieczony na całym obecnym i przyszłym majątku dłużnika – gdyby więc któryś z klientów wpadł na pomysł, że skoro kredyt nie jest niczym zabezpieczony, to nie warto go spłacać, to może się na tym nieco przejechać ;)
    Wracając jednak do nowych warunków, które przyjął senat – zgodnie z przykładem, który prezentowaliśmy w przytaczanym wyżej artykule, nasz klient, który zaciągnął kredyt na 100 tys. franków w 2008 roku, płaciłby po przewalutowaniu wg nowej wersji ratę w wysokości niecałych 1.300 złotych, a saldo jego kredytów wyniosłoby 262 tys. złotych (wg podziału 90/10 było to odpowiednio 1040 i 212 tys. złotych). Przypomnijmy, że aktualna rata kredytu frankowego to 1.200 złotych, a kwota aktualnego zadłużenia 310 tys. złotych. Jak widać, po przewalutowaniu wg nowej wersji klient zapłaciłby ratę w wysokości prawie 10% wyższej niż obecnie, a saldo jego zadłużenia spadłoby o 15%. Pytanie, czy to jest korzystne i czy ktokolwiek by się na to zdecydował (my obstawiamy, że niekoniecznie). Ludzie niestety wciąż patrzą na wysokość raty – cały ten problem frankowy wziął się przecież z tego, że po wzroście kursu franka rata wreszcie dogoniła odpowiedni kredyt złotówkowy, co stało się dla wielu klientów zaskoczeniem nie do zniesienia (w końcu zaciągali tańszy kredyt, nie? ;) Sumarycznie znakomita większość z nich i tak zapłaciła do tej pory mniej niż „złotówkowcy” – teraz nie dość, że musieliby zapłacić wyższą ratę, to jeszcze ostatecznie przyjęliby na siebie „stratę” wynikającą ze wzrostu kursu franka (to jest dla nas trochę niepojęte, ale niektórzy nadal nie mogą się nadziwić, jak to jest możliwe, że po 7 latach spłacania mają nadal do oddania dużo więcej niż pierwotnie pożyczyli w złotówkach ;) Kredytobiorcy frankowi w tej chwili mogą się jeszcze łudzić, że waluta naszej zielonej wyspy będzie się z czasem umacniać (o czym słyszymy od lat i czego od lat nie widzimy ;) Jeśli skorzystają z przewalutowania, będą musieli przestać się łudzić i pogodzić się z tym, że na spekulacji walutowej stracili nawet 50% tego, co pożyczyli. Dlatego nie wydaje nam się, żeby jakaś wielka rzesza klientów rzuciła się na przewalutowanie – jeśli ktoś ma LTV zauważalnie powyżej 100%, to w wyniku przewalutowania suma jego kredytów nadal będzie przekraczała wartość mieszkania. Oczywiście wszystko zależy od kursu franka, po którym brany był kredyt. Nasz przykład zakładał kurs 2.2 PLN/CHF – przy kursie niższym (czyli dla jeszcze tańszego franka) korzyść jest nieco większa (bo wyższa kwota zostanie umorzona), a przy kursie wyższym korzyść jest mniejsza (gdzieś w okolicach 2.50-2.60 PLN/CHF korzyść staje się właściwie zerowa). Czy na takich warunkach możliwe jest masowe przewalutowanie kredytów? Nam się tak nie wydaje – pewnie nie wydaje się tak też autorom ustawy, bo już przy okazji pierwotnej wersji banki miały stracić prawie 10 mld złotych, a wtedy jakoś nikt specjalnie nie protestował. Czyżby wszyscy sobie zdawali sprawę, że w praktyce żadnej straty może nie być, bo jest spora szansa, że mało kto zdecydowałby się na przewalutowanie?
  • przywrócono progi LTV, które warunkują skorzystanie z przewalutowania – przypomnijmy, że sejm ustalił, iż z przewalutowania może skorzystać klient, który „posiada” kredyt przekraczający 80% wartości mieszkania (oraz oczywiście spełnia ograniczenia na powierzchnię itd. – w tej chwili byłaby to ponad 1/3 kredytobiorców, odpowiadająca za przeszło połowę wartości kredytów). Zgodnie ze zmianami w senacie będzie tak, jak w pierwotnej propozycji PO – w pierwszym roku po wprowadzeniu ustawy z przewalutowania będą mogli skorzystać „posiadacze” kredytów z LTV powyżej 120% (czyli jakieś 10% aktualnych kredytobiorców frankowych), w kolejnym roku ci z LTV powyżej 100% (dalsze 15% kredytobiorców), a w ostatnim z LTV powyżej 80% (aktualnie około 10% kredytobiorców). Należy tu jednak pamiętać o pewnej ważnej kwestii – ponieważ w tej chwili ogromna część kredytów we frankach oprocentowana jest w okolicach 0% (ze względu na ujemny LIBOR CHF), to w tej chwili klient spłaca prawie sam kapitał. Zakładając, że do spłaty zostało mu 23 lata (7 lat już spłacał), a jego kredyt stanowi w tej chwili 100% wartości mieszkania, to z roku na rok jego LTV będzie spadać o ponad 4% (zakładając niezmienną wartość mieszkania). Oznacza to tyle, że, jeśli ktoś ma teraz kredyt podchodzący pod 90% wartości mieszkania, to ma szansę na przewalutowanie w ogóle się nie załapać, bo za 2 lata jego LTV może spaść poniżej 80%. Trzeba przyznać, że jest to bardzo sprytny zabieg – niby pomaga się kredytobiorcom zadłużonym powyżej 80% wartości mieszkania (i taki idzie przekaz medialny), ale w praktyce rzecz wygląda nieco inaczej.
  • pozostawiono zmienione ograniczenia na wielkość mieszkania/domu – z przewalutowania będą więc mogli skorzystać „posiadacze” mieszkań/domów o powierzchni 100/150m2 (w pierwotnej wersji było 75/100 – pamiętamy oczywiście o tym, że to ograniczenie nie obowiązuje dla rodzin z 3+ dzieci)

Co ciekawe, senatorowie PIS (jak przystało na partię socjalistyczną) zgłaszali bardzo ciekawe poprawki – nie dość, że chcieli zostawić ustawę w formie takiej, jaką przyjął sejm, to jeszcze wymyślili, że należy znieść wszelkie ograniczenia, czyli pozwolić na przewalutowanie wszystkim, niezależnie od LTV ich kredytu oraz od wielkości mieszkania. W sumie to jest nawet poniekąd logiczne – dlaczego pozwolić na dalszą spekulację walutową komuś, kogo kredyt ma LTV 80.5%, a temu, kogo kredyt ma LTV 80%, już nie pozwolić? Przecież to niezgodne z konstytucją ;)

W toku burzliwej dyskusji, która wybuchła tuż po uchwaleniu przez sejm wyjątkowo korzystnej dla klientów wersji ustawy, pojawiały się przeróżne argumenty za tym, że takiej wersji pozostawić nie można. Mogliśmy się dowiedzieć, że przewalutowanie na zasadach 90/10 jest niedopuszczalne chociażby z takich względów:

  • byłoby to niesprawiedliwe względem kredytobiorców złotówkowych – panuje powszechne założenie, że rozsądni klienci brali kredyty złotówkowe, a nierozsądni brali frankowe. Dlatego też pomoc tej drugiej grupie jest… nierozsądna ;) Kredytobiorcy walutowi płacili niższe raty i odnosili korzyści – skoro nadszedł czas, w którym takie kredyty są nieco mniej korzystne, to trudno – takie było ryzyko i każdy powinien był o tym wiedzieć. Co ciekawe, jeszcze niedawno kredytobiorcy walutowi nie byli uznawani za nierozsądnych (a wręcz przeciwnie!), a do tych nierozsądnych kredytów walutowych namawiali swego czasu nawet przedstawiciele władzy. Sporo ciekawych cytatów „z dawnych lat” można znaleźć pod poniższym adresem:
    http://www.knf.gov.pl/Images/przypomnienie_publicznej_dyskusji_CHF_tcm75-40728.pdf
  • nie można tego zrobić ze względu na ustalenia międzynarodowe – właściciele banków (Commerzbank od mBanku, Raiffeisen oraz GE od banku BPH) zagrozili pozwami przeciwko państwu polskiemu, jeśli zostanie wprowadzona ustawa na zasadach 90/10. Trzeba przyznać, że takie odgórne ustalenie, że ogromną część strat na kredytach mają wziąć na siebie banki (tymczasem umowy były podobno zgodne z prawem i podpisywane dobrowolnie), jest bardzo śliskie prawnie i pewnie właściciele banków mieliby spore szanse na wygranie takich spraw (zwłaszcza, jeśli toczyłyby się w instytucjach „europejskich”, czyli zasadniczo w krajach macierzystych tych banków).
  • warunki przewalutowania zachwiałyby polskim sektorem bankowym – straty 10 banków w wyniku przewalutowania 90/10 byłyby większe niż ich roczny zysk, a w przypadku 6 strata przekraczałaby zysk 3-letni. Jak wiadomo, banki mogą tylko zyskiwać, a tracić nie mogą ;) W praktyce przewalutowanie 90/10 „zjadłoby” mniej więcej tyle, ile dotychczas banki zarobiły na kredytach walutowych – skoro sprzedawały takie „nierozsądne” produkty, to pozbawienie ich zysku z tego tytułu nie jest chyba znowu takie moralnie naganne. Także zasadniczo nie byłoby tu nawet żadnej straty, a jedynie odebranie zysków.
  • depozyty byłyby zagrożone – ten argument zawsze nas rozwala :) KNF i NBP twierdzą, że muszą dbać o bezpieczeństwo depozytów Polaków, więc są zdecydowanie przeciw wersji 90/10. Z tym bezpieczeństwem depozytów, to jest wszystko bardzo podejrzane – po pierwsze dlatego, że  w systemie rezerwy cząstkowej depozyty nie są bezpieczne ze swojej definicji, bo są dalej „pożyczane”, więc nie mogą zostać natychmiast zwrócone klientowi (zwróćmy uwagę, że banki dysponują w tej chwili mniej więcej 60 mld złotych gotówki, tymczasem depozytów jest około 1 biliona, czyli jedynie 16 razy więcej – czy w tej sytuacji można uznać, że nawet bez przewalutowania depozyty są bezpieczne? ;) Po drugie, autorzy takich stwierdzeń ładnie pokazują przestępczą istotę aktualnego systemu oraz ogólną nieświadomość w tym zakresie – skoro straty banków mają się przełożyć na zagrożenie depozytów, to oczywiście znaczy, że banki pożyczają dalej depozyty klientów, co jest z kolei sprzeczne z ideą depozytu i jego natychmiastowej dostępności dla klienta – gdyby klienci byli w pełni świadomi, że ich depozyty bankowe nie istnieją, bo zostały dalej pożyczone (co jawnie przyznaje KNF/NBP), to czy nie ruszyliby nagle do banków ratować to, co się da, zanim zrobią to inni?

W całym tym zamieszaniu jest jeszcze jedna ciekawa kwestia. 17 września Europejski Trybunał Sprawiedliwości zdecyduje na wniosek Sądu Najwyższego Węgier o tym, czy kredyty walutowe są w ogóle zgodne z prawem – gdyby zdecydował, że nie, mogłoby to być podstawą do unieważnienia umów kredytowych i przewalutowania kredytów (najpewniej po kursie z dnia zaciągnięcia, bo trzeba by przywrócić stan sprzed unieważnionej umowy). To byłby dopiero przełom… Przy tej okazji nasz(?) rząd wystosował do tego właśnie ETS pismo, w którym czytamy tak:

„Rzeczpospolita Polska sygnalizuje, że stwierdzenie nieważności postanowień walutowych zawartych w umowach kredytów denominowanych a w konsekwencji orzeczenie obowiązku przewalutowania takich kredytów, mogłoby spowodować daleko idące negatywne konsekwencje dla rynku finansowego. Przykładowo, w przypadku Polski, przewalutowanie kredytów walutowych według kursu z dnia ich udzielenia mogłoby się wiązać z obniżeniem wyceny większości takich kredytów o około 30-40 proc. i mogłaby wygenerować po stronie banków straty w wysokości nawet kilkudziesięciu miliardów złotych”.

Zmiany dokonane w senacie oraz treść tego listu dobrze pokazują, że rząd przede wszystkim broni interesów banków – o ile jesteśmy przeciwnikami „pomocy” kredytobiorcom poprzez ustawowe przewalutowanie kredytów, o tyle nie mamy nic przeciwko uznaniu kredytów walutowych za niezgodne z prawem, jeśli rzeczywiście tak było – to pozwoliłoby raz na zawsze rozwiązać ten problem. Pozostaje niestety pytanie, czy Europejski Trybunał Sprawiedliwości mógłby „podłożyć nogę” swoim własnym bankom? Nam jakoś trudno w to uwierzyć…

Podsumowując… senat (zgodnie z planem) przywrócił pierwotne zasady ustawie o przewalutowaniu kredytów, w związku z czym z opcji bardzo korzystnej dla klientów (podział strat 90/10, spadek wysokości raty, możliwość podjęcia decyzji w ciągu kolejnych 5 lat, objęcie przewalutowaniem szerokiej grupy klientów) powstała opcja w praktyce niezbyt korzystna (podział strat 50/50, wzrost wysokości raty, spore ograniczenia na LTV). Widać, że interes banków wziął górę – aktualna wersja ustawy spowoduje, że problem kredytów walutowych znowu nie zostanie rozwiązany. Ze względu na warunki pewnie mało kto z niego skorzysta, a zdecydowana większość klientów pozostanie wciąż wystawiona na ryzyko wzrostu kursu franka oraz szwajcarskich stóp procentowych. Wraz z nimi na ryzyko zostaną wystawione banki oraz oczywiście nasze depozyty. Chociaż w systemie rezerwy cząstkowej to tym depozytom i tak jest właściwie wszystko jedno… ;)

A wystarczyłoby zrobić jedną prostą (i do tego całkowicie darmową!) rzecz, którą postulujemy od zawsze – ograniczyć roszczenia z tytułu kredytu mieszkaniowego maksymalnie do wartości mieszkania. Jeśli ktoś nie chce/nie jest w stanie spłacać kredytu, to bank zabierze mieszkanie i będzie po sprawie – to byłoby sprawiedliwe dla wszystkich. Straty na kredytach walutowych ponieśliby klienci (szkoda tak oddać mieszkanie po kilku latach spłacania) oraz banki (jeśli wartość kredytu przekracza wartość mieszkania), czyli obie strony feralnej umowy. Podatnicy nie musieliby niczego dopłacać, a dodatkowo taka zasada bardzo korzystnie wpłynęłaby na bezpieczeństwo przyszłych kredytów (skończyłyby się kredyty prawie bez wkładu własnego oraz zdolność kredytowa liczona zupełnie kosmicznie). Szkoda tylko, że żadna znaczna grupa wyborców nie przedstawia takiego postulatu…

PS. Gdyby się ktoś zastanawiał, to organy naszej(?) władzy typu sejm/senat pisane są małej litery celowo (mimo że jest to zasadniczo niepoprawne ;)

Podziel się z innymi
  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Powiadom o

Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik
1 rok 6 miesiące temu

A jak wyglada kwestia sprzedawania (pozbycia sie ;-) mieszkania z kredytem hipotecznym? Cwiczyl to ktos? Duzy problem ze znalezieniem chetnych?

janm
Użytkownik
janm
1 rok 6 miesiące temu
Użytkownik
1 rok 6 miesiące temu

Może po prostu ustalmy, że po zawarciu umowy i minięciu kilku lat, jeżeli któraś ze stron nie będzie zadowolona to będzie można umowę po prostu cofnąć.
Np. Sprzedaję komuś kompa na Allegro za 1000 zł. Mija 4 lata i kupujący stwierdza, że nie jest zadowolony bo wartość spadła więc odda mi kompa, a ja jemu 1000 zł ;)

wpDiscuz